Ameryka sentymentalnie – bo wszyscy już tam kiedyś byliśmy

with Brak komentarzy

Ameryka, Stany... to nie proste słowa, to bagaż doświadczeń

Ameryka… Stany… Te słowa to nie tylko „potoczne” określenie Stanów Zjednoczony Ameryki Płn. To potężny bagaż doświadczeń nawet jeśli się rzeczonej Ameryki na oczy nie widziało…

Dla mnie to:

Smak gumy cynamonowej Big Red i pasty do zębów marki Crest, wysyłanej przez ciocię w paczce. Zielony kolor banknotu dołączanego do opłatka i kartki z bożonarodzeniowymi życzeniami. Żółta barwa papieru w jedną linię z notatnika, na którym napisane były wszystkie listy przesyłane zza oceanu. Beatbox mojego wujka, przywiezionego ze sobą po kilkunastu latach emigracji i dźwięk muzyki biesiadnej odtwarzanej na nim w parku w centrum Augustowa. Smak banana z paczki od wujków tak mdły i okropny, że aż niezrozumiały – w telewizji to przecież jedzą! Zazdrość, kiedy po skończeniu podstawówki moja przyjaciółka pojechała tam pierwszy raz, i to na Florydę! Tam, skąd pochodzili BackstreetBoys!

Ale też: wszystkie kolory kreskówek Disneya, szok wywołany orientacją seksualną Stevena z Dynastii, smak pierwszego hamburgera zjedzonego w McDonalndzie w Białymstoku, zaraźliwy śmiech Julii Roberts, DeLorean i data 21 października 2015, która w przeszłości była przyszłością, widok z Empire State Building w ostatniej scenie „Bezsenności w Seatle”, 10 sezonów „Przyjaciół” widziane setki razy w różnej kolejności, ojczyzna tak wielu idoli… dzisiaj już w większości zdewaluowanych, ale kiedyś tak ważnych…

Dla części mojej bliskiej rodziny Ameryka okazała się „ziemią obiecaną”, gdzie po potężnych trudach asymilacji w nowym otoczeniu, stworzyli piękne rodziny i wiodą dobre i dostatnie życie.

Dla mojej mamy to 2 lata bez córek i męża w latach 70tych, mordercza praca, która pozwoliła dać jej rodzinie lepszą przyszłość. Wygodny dom, zbudowany za zarobione tam pieniądze, który ja poznałam już w pełnej okazałości, nie rozumiejąc zupełnie, co musiało się wydarzyć, abym ja miała tak dobrze od samego startu.

Dla moich sióstr to 2 lata bez matki przed 10tym rokiem życia… no i ten smak pasty do zębów Crest, który w zapasie przywiozła ze sobą, jak już wróciła na dobre do domu.

Kiedy ja i moje siostry byłyśmy dziećmi, Ameryka była synonimem raju, dobrobytu, dla wielu osób z naszego najbliższego otoczenia– celu w życiu.

Kiedy więc na początku tego roku, nasz kuzyn Adam zaprosił nas na wesele swojej najstarszej córki w Nowym Jorku, wiedziałyśmy, że to świetna okazja, aby ten bagaż doświadczeń powiększyć o własne przeżycia w Ameryce i to wspólne, rodzinne. To nie był więc zwykły, turystyczny wyjazd i nie tylko jedna rodzinna impreza. To była wyprawa śladem polskiej emigracji, bardzo nostalgiczna podróż trasą najstarszych amerykańskich miast wschodu, zasiedlanych zanim zdobyto „dziki zachód”. To różne oblicza Ameryki choć na tak małym obszarze – tylko między Nowym Jorkiem a Chicago. To wspaniałe spotkania z rodziną i znajomymi, którzy z Ameryki uczynili swój dom, gdzie nas królewsko ugościli.

W Ameryce wszystko jest "NAJ"

Amerykanie są mistrzami sprzedaży i obsługi klienta. To oni również stworzyli teorię marketingu. My musimy się jej uczyć na uniwersytetach, a oni mam wrażenie, wysysają to wszystko z mlekiem matki. Umiejętność tworzenia ciekawych historii i wyróżniających epitetów jest porażająca. Pomysły na komercjalizację różnych idei – nieskończone. Sama wróciłam do Polski z bluzą z logo pewnego browaru. Nie mogłam się oprzeć...

Niesamowite jest, jak naturalnie przychodzi im tworzenie wyróżniających epitetów.Tutaj tylko kilka przykładów:

  • NAJstarsza piekarnia precli w Stanach Zjednoczonych (Lititz w Lancaster County),
  • NAJlepszy Philly cheese steak w mieście (ten tytuł nosi kilka restauracji),
  • NAJstarszy browar w Ameryce należący do jednej rodziny – Yuengling w Pottsville,
  • NAJstarsza restauracja należąca do jednej rodziny w Cleaveland (a przy okazji Polska!),
  • NAJlepiej oceniany park rozrywki w stylu retro w USA 🙂

Nie zdają sobie sprawy, jak często używają tych określeń. Kiedy zwróciliśmy im na to uwagę – sami byli w szoku. Nie myśleli o tym w ten sposób.

Z powyższych „naj” spore wrażenie zrobił na nas pensylwański browar Yuengling. Raczej rzemieślniczy niż przemysłowy, z 200-letnią tradycją, świetnym klimatem solidnego, rodzinnego biznesu. Jamie, kuzyn, który nas tam zabrał, a Europę widział, miał wątpliwości, czy to dla nas coś ciekawego. „Przecież w Europie wszystko jest takie stare…” Wcale jednak nie łatwo jest u nas znaleźć biznes, który w rękach jednej rodziny miał możliwość nie tylko trwać, ale jeszcze powiększać skalę, rozwijać się przez dwa wieki i zbudować wokół swojej historii chwytliwą legendę.

Najstarsza restauracja należąca od zawsze do jednej rodziny w Cleveland 🙂

I to polska! Pierogi ruskie - bezbłędne!

Dzisiaj browarem zarządzają 4 siostry. Firmę stworzył niemiecki emigrant, najmłodszy z piątki rodzeństwa, więc przekonany, że rodzinnego biznesu piwnego raczej nie odziedziczy. Pottsville w Pensylwanii było dobrą lokalizacją: dużo górników, naturalne źródło wody. Jakoś zażarło. Podobno każde kolejne pokolenie nie dziedziczyło biznesu, ale kupowało od ojca. Poprzez inwestycję, wyrażało zaangażowanie przez co lepiej w przyszłości prowadziło biznes. Ciekawe i logiczne, choć podobno ma to również wymiar praktyczno-podatkowy 😉

Świat jak z filmu!

„Muszę pójść do amerykańskiego baru z czerwonymi kanapami, gdzie kelnerka będzie dolewać z dzbanka kawy” – to był filmowy obrazek, który nosiła w głowie moja siostra Kasia i koniecznie chciała przeżyć to w realu. Umówmy się – wymaganie nie takie trudne do spełnienia. Stany są „jak z filmu”. Wszędzie, gdzie się nie ruszysz widzisz po prostu znajome kadry.

Dobrze znamy ten kraj pod kątem obrazów.  Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo jesteśmy tym faszerowani w każdym amerykańskim filmie czy serialu.

Nowy Jork od razu drażni pamięć fasadami z żelaznymi schodami przeciwpożarowymi, Central Park przypomina wysportowanych nowojorczyków uprawiających jogging, bo faktycznie uprawiają go masowo i wszyscy w parku wyglądają jak z katalogu odzieży sportowej. Na spacerze w Greenwhich Village natkniesz się na pewno na budynek udający kamienicę "Przyjaciół" choć to tylko umowne, bo serial był przecież kręcony w studio w Los Angeles. Z daleka pojawi Ci się czasem Empire State Building w kształcie, który znasz od momentu, kiedy pierwszy raz widziałeś w telewizji King Konga. Brooklyn Bridge zachwyci skalą, ale kształt bryły tak jakby wcale nie nowy… Wszędzie, gdzie się ruszysz, obrazy wydają się znajome.

Ale to nie tylko Nowy Jork.

W Filadelfii odczuwasz wewnętrzny imperatyw wbiegnięcia na schody przed Muzeum Sztuk Pięknych tak jak to zrobił Rocky Balboa, w Waszyngtonie zawieje Ci po karku złowrogim powietrzem po ujrzeniu pomnika Waszyngtona, bo to jeden z kadrów czołówki „House of cards”. Mi w tym momencie od razu zagrała w głowie ścieżka dźwiękowa, grała dalej jak dotarliśmy do naszego apartamentu wynajętego na AirBnN, które do złudzenia przypominało to, w którym mieszkał Doug Stamper. Brrr…!

W Lancaster County któryś z zakrytych mostów wywoła Ci na pewno z pamięci ekscentrycznego bio-egzorcystę z „Soku z Żuka”, bo to przecież na takim moście zginęli w wypadku Adam i Barbara.

Każdy rasowy diners przeniesie Cię z kolei prosto w środek akcji Pulp Fiction.

W muzeum „Rock & Roll Hall of Fame” w Cleveland popłaczesz się ze wzruszenia tylko nie wiem, w którym momencie – czy przy kostiumach Elvisa, czy przy ręcznie zapisanych nutach „Papa was a rolling stone” The Temptations, czy przy gitarach Jimmiego Hendrixa… W którymś momencie na pewno. U mnie to był ten drugi, bo kocham brzmienie Motown Records…

Nie trzeba mieć „nic wspólnego” z Ameryką, aby podróż do tego kraju była sentymentalna. My tam już po prostu byliśmy tysiące razy.

Ale tak naprawdę – chyba każdy ma coś wspólnego z USA.

Ja i moje siostry mamy w Stanach bliską rodzinę zarówno od strony mamy jak i taty. Bogdan ma w Nowym Jorku kolegę z dzieciństwa, ale też jak się okazało rodzinę w Pensylwanii. Dosyć daleką, potomków brata swojego pradziadka, który wyjechał do Ameryki w 1900 roku, otworzył tam sklep z butami i założył rodzinę.

Wszystkich w trakcie tych 3 tygodni odwiedziliśmy i to było w całej tej podróży najlepsze.

Polacy znaleźli sobie w tych amerykańskich, międzynarodowych puzzlach dobre, wygodne miejsce. Została im nasza polska gościnność i zamiłowanie do karmienia swoich gości, co skończyło się u mnie przywiezieniem dwóch dodatkowych kilogramów na wadze. Jeśli ktoś w Ameryce proponuje Ci jedzenie 10ty raz z rzędu po tym jak po pierwszym razie podziękowałeś – to musi być Polak 🙂 Z kolei na zjeździe rodzinnym u rodziny Bogdana w Pensylwanii, polska siostra zakonna, która została tam zaproszona, żeby nam towarzyszyć, poradziła nam rozważnie, że jeśli Amerykanin proponuje nam jedzenie, to mamy nie czekać na kolejny raz! Bo nikt się więcej nami nie będzie przejmował. W trzecim pokoleniu widać konieczność nakarmienia swoich gości wymiera 🙂

Polskość jest kultywowana bardzo różnie i przenika się z innymi kulturami. Tak jak „Hej sokoły” na weselu mojej kuzynki z panem młodym portorykańskiego pochodzenia. Nasz biesiadny szlagier przeciął ciąg latynoskich, gorących rytmów, a imprezowy temperament obu nacji jakoś się doskonale zgrał!

W domu mojego kuzyna na Queens podają doskonały bigos, wszystkie jego dzieci mówią świetnie po polsku, choć już z wyraźnym, miękkim akcentem.

W mieszkaniu na Manhatannie przywitał nas któregoś dnia zapach świeżo upieczonego sernika, wcale nie New York Style, ale z prawdziwego twarogu i z brzoskwinią. Zjedliśmy porcję tego przysmaku z widokiem na miasto z 14 piętra dzięki Ewie.

Moja ciocia w Chicago ma od niedawna dominikańską synową, która swoją pogodą ducha i otwartością na ludzi rozkochała nas w 10 sekund. 12 lat temu jej starszy syn wprowadził do rodziny trochę irlandzkiej krwi – moja szwagierka Kara, jak prawdziwej Irlandce przystoi, pije tylko brunatnego portera, jest uroczo bezpośrednia i przez traumę z dzieciństwa nienawidzi irlandzkiego tańca. Ale w rodzinnym domu w Chicago chłopaki zawsze mogą zjeść pysznej polskiej kiełbasy, która – wierzcie mi – smakuje lepiej niż większość wędlin, które można kupić u nas w kraju.

W Pensylwanii, u rodziny Bogdana, która żyje w Ameryce już jako trzecie pokolenie, na wszystkich poważniejszych imprezach bezustannie króluje polka, którą do czasu naszych odwiedzin uznawali z polską muzykę i taniec… Nieopatrznie wspomniałam, że to czeski twór. Teksty sugerują jednak, że jest to jakiś miks. Jeden z przebojów, który w chórze nam odśpiewali nosi tytuł:” Who stole the kiszka?!” 🙂 Jedyne słowa po polsku, które pamiętają to: „Idź do domu spać!” – tak wołała kiedyś babcia… Ale głośno mówią, że czują się Polakami. Potrzebują tej identyfikacji, bo w Stanach – każdy jest „skądś”…

Różne podróże mieliśmy okazję odbywać, ale żadna jak dotąd nie była tak sentymentalna i tak emocjonalna. Większość miejsc zmusza do szukania nowości, niespodzianek, różnic… Ameryka to ciągłe spotkania ze wspomnieniami, bezustanna podróż w głąb siebie i swoich wspomnień, a dla nas jeszcze ponad to wszystko - w historię naszych rodzin i przyjaciół.

Za ten wspaniały czas wszystkim tym wyjątkowym ludziom - BARDZO dziękujemy 🙂

Zostaw Komentarz